Pakowanie przebiegało sprawnie i według utartego schematu: jeśli chcesz coś włożyć do torby, musisz każdorazowo wyjąc z niej kota (albo dwa koty, zależnie czy ten drugi akurat pilnował misek czy nie).
Z pakowaniem samych Kotów też się udało. Pierwsza do transportera weszła Ibiza, z miną przywodząca na myśl doświadczonego harcerza na parę minut przed wyczekiwaną grą w podchody. Piksel wymaga delikatnej pomocy w podjęciu decyzji – prawdopodobnie wolał nie brać tego na siebie.
Po dwóch godzinach na tylnym siedzeniu nasze globekottery poczuły się nieco odsunięte od centrum wydarzeń (uwaga: według kota centrum wydarzeń znajduje się na przednim siedzeniu, dokładnie między siedzeniem pasażera a kierownicą) i rozpoczęły negocjacje, które skończyły się kompromisem: koty podróżują na moich kolanach, starając się ich nie opuszczać. Pomijając porozumiewawcze klepanie łapą Rafała po ramieniu, warunki kompromisu zostały utrzymane.
Dodając do tego atrakcje w postaci spacerów po samochodzie w trakcie postojów, a pomijając efekty specjalne w postaci oberwania chmury i sporego ruchu na drodze, podróż można zaliczyć do wyjątkowo udanych.





Skomentuj