*wpis by Rafał (jeśli ktoś nie czytał części pierwszej, zapraszam tutaj)
Z racji odosobnienia Kraksy od reszty kociego towarzystwa, postanowiłem przygotować ją do wyjazdu. Dwie wycieczki na parking przy Cytadeli zrobiły swoje – jak zakładam buty, Kraksoneira znika za łóżkiem.
Ten dzień nadszedł jak wyrok: trzy godziny ryku i miałku, godzina spokoju i dotarliśmy.
Nowe miejsce, całkiem duże, z mnogością atrakcji typu: szafki, regały, kwiaty. Jakie było moje zdziwienie, kiedy damulka, bez obaw zaczęła wędrować za mną po mieszkaniu. Podobno koty w stresie nie jedzą. Ona wyła w aucie ot tak, dla hecy, albo jednak jedzą.
Kładę się do łóżka i wiem, że będę spał jak indianin – z jednym okiem otwartym. Kraksa nie spała – 4 pokoje i kuchnia pochłonęły ją zupełnie. Domownicy przy śniadaniu snuli opowieści o szelestach na regale z książkami.
Moje atrakcje:
- wywalony kwiat i trzy czy cztery razy namierzenie Kraksy telefonem (to znaczy światłem z telefonu) jak wchodzi do pokoju, bo pewnie usłyszała, że się podniosłem i postanowiła mnie łaskawie uspokoić swoją obecnością.
Ogólnie cały pobyt Kraksie się spodobał. Mnie mniej, bo okazało się, że jak tylko mnie nie ma w pobliżu, to ta Baba sprawdza czy inni ludzie są bardziej tolerancyjni i pozwolą wchodzić na stół, albo blaty kuchenne.
Twardy i bystry stwór z Kraksy – takie podsumowanie mi się nasuwa, no ok, kochany przy tym bardzo





