Losowanie z górnej półki
Kraksa ma nowe hobby: losowanie przypraw. Na którą wypadnie na tą bęc – wylatuje z miseczki.
Miseczka jest na górnej półce wiszącej szafki (widać na zdjęciach tutaj), a na tą szafkę Kraska od niedawna potrafi już wskoczyć (tak, mimo braku jednego biodra, daje radę całkiem sprawnie skakać), no i takie pokłady dumy i satysfakcji musiały po prostu znaleźć ujście. Padło na miskę.
Wracając do tematu – torebka z przyprawą zsuwa się po półkach na pralkę, a że ma już rozpęd, a pralka śliska – to swobodnie spada dalej na podłogę. Krakson w pozycji siedzącej przez chwilę odprowadza wzrokiem lecącą torebkę z takim na przykład tymiankiem, a po upewnieniu się że lot został definitywnie zakończony, wraca na koniec szafki, kładzie się, metodycznie obserwuje wszystkie saszetki, po czym zaczyna mieszać łapą w misce, losując kolejną przyprawę.
Raz na jakiś czas zdarza się bardziej leniwa torebka, której nie chce się lecieć i zatrzymuje się już na pralce. Wtedy Kraksa z nieukrywanym rozczarowaniem wstaje, zeskakuje na lodówkę, na pralkę i jednym pewnym pacnięciem przypomina przyprawie gdzie miała wylądować. Po czym spokojnie wraca do dalszego losowania.
Zdjęć i filmów jeszcze brak, bo ciężko ją przy tej czynności upolować. Ale nie ustaję w próbach.
Co wisi w powietrzu po Sylwestrze
Miewacie czasem wrażenie po powrocie do domu, że coś wisi w powietrzu..?
Wróciliśmy w Nowy Rok skoro świt (no dobra, koło 11, ale przecież nie o to chodzi) i poczuliśmy że coś jest inaczej… Po dłuższej obserwacji (nasz stan prawdę mówiąc troszkę utrudniał głębsze dociekania) udało nam się ustalić, że kocyk z parapetu leży aż w korytarzu, a na środku kuchni z przewróconego kubła malowniczo wysypują się śmieci. Ale coś nam mówiło że to nie to, więc kubeł i kocyk zrzuciliśmy na karb odreagowania fajerwerkowego stresu.
Dopiero po południu doczekaliśmy się namacalnych dowodów tej niezwykłej atmosfery: maluchy ewidentnie nagle zapałały wielką miłością do Ciotki Krakson:
Kto zgadnie, co się działo jak nas nie było? Podejrzewamy, że kochana Ciotka broniła dzielnie młodych przed hukiem i rozbłyskami. Ale kto wie jak było naprawdę..?
Krakson. Ciotka Krakson.
Są tacy co utrzymują, że Kraksa jest w rzeczywistości tajnym Agentem, który pod przykrywką kaleki prowadzi w naszym domu ściśle tajną operację. Zaszyta w dzień w swoim kącie za biurkiem, z pokerową miną, niedostępna i pozornie obojętna na wszelkie zdarzenia, prowadzi uważne obserwacje, skrupulatnie śledząc każdy nas ruch. Nocami udaje się na patrol i przekazuje informacje meldując się jako Ciotka Krakson, numer operacyjny 007 i 1/2.
Cóż, trudno powiedzieć ile w tym prawdy – zapytana nie potwierdza, ani nie zaprzecza (co w sumie nie powinno nikogo dziwić). Wydaje nam się jednak, że udana czy nie – misja dobiega chyba końca i Agent Kraksa powoli może się w końcu ujawnić. Z dnia na dzień, małymi porcjami (żeby nas nie szokować zapewne), szmaragdowooka piękność powoli odkrywa swoje prawdziwe oblicze, o czym dobitnie przekonujemy się szczególnie teraz, po powrocie z urlopu.
Począwszy od niewinnego pojawiania się na śniadaniu i witania nas po powrocie do domu (z dystansu, godnie, jak na taką Personę przystało), od niechcenia pozwalając brać się na ręce (ale tylko na chwilę) i czasem na kolana, ostatnio codziennie serwuje nam drobne oznaki zaufania i jakby sympatii nawet. Mamy już łaskawe pozwolenie na obcięcie pazurów oraz wspólne zabawy sznureczkiem i piłeczką (nawet piłka w tunelu okazała się dobra na przełamanie lodów). Stara się także spędzać z nami wieczory, zamiast zwyczajowo przesypiać je w ukryciu, zagląda nam do łazienki i powoli negocjuje swoje miejsce na drapaku (dolną półkę na razie, ale dobre i to na początek), chociaż zaufanie do rozbrykanych Kotów okazywane jest finezyjnie, poprzez maskę walenia łapą po nosie przy każdej okazji.
Wychodząc naprzeciw tym gestom pojednania, urządziliśmy Agentowi w spoczynku miejsce… odpoczynku. I miły punkt obserwacyjny – teraz już głównie ptaków.














